czwartek, 12 grudnia 2013

Mikołaj jest tylko jeden? Nie bardzo...




Tak się to jakoś złożyło, że zarówno Finlandia jak i Islandia są ze świątecznymi postaciami szczególnie związane. Daleka, mroźna Północ to przecież kraina, gdzie klimat roziskrzonej śniegiem zimy przywodzi od razu na myśl ciepło kominka, rozświetloną choinkę, korzenne zapachy i podrzucane ukradkiem upominki. A kto je podrzuca? Tu zaczyna się nasza opowieść...


Finlandia
Najpierw, tropem reniferów, ruszymy do Finlandii, gdzie, jak głosi legenda, lasy Laponii skrywają dom Świętego Mikołaja. Nieprzypadkowo Mikołaj zamieszkał u stóp Góry Korvatunturi, Góry-Ucho, która pomaga mu wsłuchiwać się w marzenia i prośby dzieci z całego świata. Razem z Mikołajem mieszka jego żona, a także cała gromada pomocnych elfów i dziewięć wspaniałych reniferów, z Rudolfem na czele. Chcąc zachować miejsce swojego zamieszkania w tajemnicy, Mikołaj postanowił otworzyć w pobliżu miasta swoje biuro, gdzie każdego dnia może spotykać się z tymi, którzy chcą go odwiedzić.

Biuro Świętego Mikołaja leży dokładnie na Kole Podbiegunowym, czyli na równoleżniku 66°33’N. W czasie mroźnych i śnieżnych zim, panują północne tu ciemności. Na niebie tańczą zorze, a jeziora, których w Finlandii nie brakuje, są skute grubym lodem. Wtedy nikt nie ma wątpliwości, że to zimowe królestwo Świętego Mikołaja. 

Ja jednak odwiedziłam Mikołaja w... sierpniu. Biuro wyglądało dość smutno, w słonecznym świetle widać było warstwę kurzu na plastikowych, niezbyt wyszukanych, ozdobach. Sklep "Świętego Mikołaja" to raczej chiński bazarek z pamiątkami, raczej niewiele mając wspólnego z magiczną pracownią Mikołaja... Jest też on sam, we własnej osobie. Przez cały rok, codziennie, siedzi i czeka na gości w zaciemnionym pomieszczeniu. Nic nie mówi, pozuje do zdjęć, mówi "cheese" i pyta skąd pochodzą odwiedzający go ludzie. I wręcza naklejkę. Jak dentysta.


Pewnie jest tych mikołajów w Rovaniemi więcej (ostatnio jeden "prawdziwy Mikołaj z Rovaniemi" przyjechał do któregoś z Polskich centrów handlowych i zapewniam, że to nie był ten sam pan). Podobno to ciężka praca.
Żeby jednak nie marudzić za bardzo, opowiem też o ciekawym miejscu w mikołajowej wiosce na kole podbiegunowym. To poczta Świętego Mikołaja, która stoi tuż obok mikołajowego biura. Ciężkie drewniane drzwi prowadzą do przytulnej sali pocztowej, w której stoją przystrojone choinki, a na podłodze leżą zapakowane prezenty. Za ladą krzątają się dwie panie w strojach elfów. Uwagę przyciąga jednak przede wszystkim ogromny regał z całą masą półek, na których leżą listy nadesłane do Świętego Mikołaja z całego świata. W ubiegłym roku do mikołajowej poczty dotarło prawie 500 000 przesyłek! To oznacza, że pół miliona dzieci z całego świata zadało sobie trud zapisania swoich najskrytszych marzeń i przesłania ich na daleką Północ. To niezwykłe w dobie, gdy miejsce koperty zajął e-mail. Okazuje się, że najwięcej listów dociera na Koło Podbiegunowe z Japonii, Wielkiej Brytanii i… Polski.



Islandia
Pod względem świątecznych postaci, islandzka tradycja jest chyba jedną z najciekawszych, jakie poznałam. Tu świętych mikołajów, a raczej świątecznych skrzatów jest aż 13! I - jak cała Islandia - są pełne sprzeczności. Z jednej strony są miłe: przecież przynoszą prezenty. Ale z drugiej strony, niegrzeczne dzieci mogą zamiast prezentu dostać ziemniaka, a w skrajnym przypadku zostaną ugotowane i zjedzone. Tak, tak, zjedzone. W dodatku nie przez skrzaty, a przez ich okropną matkę, oblrzymkę o imieniu Grýla i ogromnego czarnego Kota, który pożera dzieciaki chodzące w Wigilię w starych ubraniach. Nie kupisz sobie nowego ubrania - Kot cię zje. Będziesz niegrzeczny, Grýla zrobi z ciebie zupę.

źródło: iceland.is
źródło: tmt.is

Świąteczne skrzaty zaczynają odwiedzać islandzkie dzieci 13 nocy przed świętami. Dzieci powinny wtedy pamiętać, by co noc stawiać w oknie buta. Jeśli były grzeczne, każdej nocy w bucie znajdą jakiś smakołyk. Jeśli na niego nie zasłużyły, dostaną ziemniaka. 
Pierwszy z 13 skrzatów, Stekkjastaur przychodzi w nocy z 11 na 12 grudnia. Ma drewniane nogi i lubi mleko owiec, więc gospodarze powinni w tę noc lepiej pilnować swoich zagród, bo Stekkjastaur lubi czasem jedną owieczkę porwać ze sobą...
Codziennie zapraszamy na naszego dwubiegunowego Facebooka, gdzie będziemy opisywać kolejne skrzaty, odwiedzające islandzkie dzieci. I odliczać dni do Bożego Narodzenia! :-)

wtorek, 10 grudnia 2013

Reykjavik 871+-2 - podróż do korzeni miasta


Kiedy Reykjavik, kolejny dzień z rzędu, spowijają ciemne chmury, mocny wiatr zapiera dech, a deszcz atakuje w poziomie, przychodzą do głowy pytania o to, kto wpadł na pomysł, aby się tutaj osiedlić, zbudować miasto, żyć, mieszkać, pracować, mówiąc inaczej: istnieją bardziej przyjazne pogodowo miejsca na Ziemi.


W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania warto udać się do podziemnego muzeum 871 +-2. Zlokalizowane w samym centrum miasta, w niepozornym budynku jest dobrym przykładem tego jak z niewiele mówiących przeciętnemu odbiorcy wykopalisk, zbudować ciekawą ekspozycję, dopasowaną zarówno do najmłodszych jak i nieco starszych zwiedzających.


Archeologiczne zgadywanki

Kamień szlifierski

Muzeum 871+-2 powstało dokładnie w miejscu prowadzonych przed ponad dziesięciu laty wykopalisk, których rezultatem było odnalezienie resztek prawdopodobnie pierwszego, stałego gospodarstwa na terenie dzisiejszego Reykjaviku. I tak, schodząc kilka metrów pod powierzchnię miasta, możemy przenieść się w świat pierwszych osadników, podziwiając rozmaite animacje polowań, uprawy roli oraz innych elementów dawnego życia. Wokół całej ekspozycji przykuwa wzrok multimedialna panorama Reykjaviku z IX w. naszej ery, pełna drzew i zieleni, zupełnie różna od tej, oglądanej dzisiaj, a w której dominują budynki miasta i szarość skał.

Zbuduj sobie osadę

Najważniejszym punktem całej ekspozycji są dokładnie zachowane szczątki najstarszego znanego domu pierwszych osadników na terenie Reykjaviku. Kamienne fundamenty okalają przedsionek oraz główną izbę, w której znajdowało się również palenisko. Tuż obok, znowu z pomocą ciekawie przygotowanych multimediów, możemy przeprowadzić rekonstrukcję całego domostwa. Przy okazji przekonamy się, jak trwałe i praktyczne domy budowano już ponad 1100 lat temu.

Zwiedzając tę ekspozycję dowiemy się również, dlaczego pierwsi osadnicy opuścili swoje lokum (pobudowali się na cieku wodnym, który przepływa w tym samym miejscu po dziś dzień), skąd pochodzili, czym handlowali, a także co spowodowało, że Islandia z zielonej wyspy, zamieniła się w krainę, w której krajobraz księżycowy wita za oknem.

Chałupa jak nowa!

Muzeum 871+- jest dobrą receptą na spędzenie jednego z tych krótkich zimowych dni, które nie zachęcają do długiego przebywania na świeżym, ale potwornie zimnym powietrzu!


Mrocznie jak na dworze

Muzeum można też odkryć nie ruszając się z domu. Wystarczy odwiedzić stronę http://www.reykjavik871.is/ i rozpocząć podróż do korzeni tego urokliwego miasta!

wtorek, 3 grudnia 2013

Lopapeysa - sweter, co pachnie owcą


Choć wcale nie ma długiej tradycji, choć wzór ponoć pochodzi z Grenlandii (lub Turcji? Szwecji? Ameryki Południowej?), choć wiele z tych dostępnych w reykjavikowskich sklepach przypłynęło wprost z pracowitych chińskich fabryk, nie ma wątpliwości, że to najbardziej islandzka część garderoby. Wystarczy bowiem wyjść na ulice w stolicy lub jakimkolwiek innym miejscu i przyjrzeć się mieszkańcom. Wielu z nich dumnie prezentuje ten charakterystyczny dziergany wzór, choć jeszcze nie znalazłam dwóch takich samych. Zwykle w kolorach islandzkiej natury: szarościach, brązach, zieleniach i błękitach. Rozpinany lub nie. Z kapturem albo bez. Dla kobiet, dla mężczyzn, dla dzieci. Dla miejscowych i dla turystów. Dla urzędników, hipsterów, rolników. Ciepły, ciężki, miękki. Lopapeysa.

Prawdziwa dusza tego swetra kryje się w wełnie, z której jest zrobiony. To wełna z islandzkich owiec, przywykłych do północnych wichrów, gradów i deszczy, utuczonych na ziołach i ostrej trawie, puszczonych wolno przez lato i zaganianych do zagród przed pierwszym śniegiem. Latem na Islandii żyje ponad 1mln owiec - to trzy razy więcej niż ludzi (zimą ponad połowa wszystkich owiec, no cóż, wędruje na islandzkie półmiski). Przywiezione przez Wikingów około 1100-1200 lat temu, mają się na wyspie całkiem dobrze. 


Wełna, czyli lopi, z której zrobiony jest lopapeysa nie przypomina tej, którą znamy z polskich sklepów. Być może jest nieco podobna do wełny z owiec podhalańskich - trochę szorstka, trochę gryząca, kosmata i mocno napowietrzona. Islandzka włóczka powstaje z obydwu warstw owczej wełny i jest bardzo luźno skręcona. To wszystko sprawia, że splot z islandzkiej włóczki jest gruby i "mięsisty", co - poza walorami estetycznymi - czyni swetry bardzo ciepłymi i doskonale izolującymi przed chłodem i wiatrem. Ponadto, wełna nie chłonie wilgoci i nie powoduje pocenia. Więc, choć na górskie wędrówki wybieram raczej lżejszy, kilkuwarstwowy strój, lopapeysa to sweter doskonały na każdą inną okazję (tak, tak, na koncercie orkiestry symfonicznej w Harpie też widziałam charakterystyczny wzór...)


W sklepie za taką pamiątkę przyjdzie nam jednak słono zapłacić. Cena to mniej więcej 20 000 koron islandzkich, czyli - bagatela - ponad 500 zł. Takie szaleństwo mnie, rzecz jasna nie opętało, choć wzór podobał mi się okrutnie. Przyznaję więc, że egzemplarz na zdjęciach zrobiłam samodzielnie. Nie mając wprawy w takich robótkach, po raz pierwszy operując więcej niż jednym kolorem, projektując wzór na podstawie zdjęć i swetrów podpatrzonych na przechodniach. Dwa tygodnie pracy (nie, nie cierpię na nadmiar czasu, więc trochę to trwało). Ale chyba było warto, bo duma rozpiera!
A niezwykła wełna, pachnąca owcą, urzekła mnie do tego stopnia, że do Polski przywiozę więcej niż jedną, własnoręcznie wykonaną, owczą pamiątkę...


Myślę, że dzięki temu, gdy już, już, tuż, tuż, wrócę do Polski i zatęsknię za islandzkimi polami, za wiatrem i oceanem, ubiorę lopapeysa, który ogrzeje, podrapie i zapachnie jak Islandia.


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Brennisteinsmeðferð - wulkanizacja po islandzku na Snæfellsjökull

Dzień coraz krótszy, a właściwie to już nie dzień, tylko kilka godzin zmierzchu, toteż na Islandii chętniej sięga się pamięcią do przecież nie tak jeszcze odległych chwil, kiedy można było na własne oczy podziwiać słońce i wyruszać na wędrówki bardziej ambitne niż te do spożywczego i z powrotem.

Wulkan o zachodzie słońca

Dlatego wciąż pozostajemy na półwyspie Snaefellness, ale tym razem wyruszymy w górę. Bo Snaefellness to nie tylko małe miasteczka, klify i jedna niewielka jaskinia. To także, a może i przede wszystkim górujący nad całym półwyspem Wulkan, dla niektórych czakram czakramów, położony idealnie pomiędzy piramidami w Gizie, a biegunem północnym, centrum energetyczne Ziemi. Dla całej reszty, którą na co dzień omija energia wszechświata, Snæfellsjökull jest całkiem pokaźnym (1446 m n.p.m.), jak na islandzkie warunki, szczytem, którego wierzchołek pokrywa jeden z najmniejszych lodowców na Wyspie.

W sezonie, jest to miejsce tętniące życiem, oczywiście jeśli pogoda pozwala, o co coraz trudniej. Z resztą Islandczycy, całkiem sprawnie radzą sobie z kreatywnym wykorzystaniem tych z reguły płaskich jak stół lodowych połaci, które przecież wygrywają większość rankingów w kategorii naj-, ale które jednocześnie dużo ciężej wykorzystać jako narciarskie poletka. Latem na Snæfellsjökull można dostać się co najmniej na kilka sposobów. Najszybciej, za pomocą specjalnie przystosowanych ratraków, które turystę podwiozą pod sam wierzchołek. Opcja druga, która dostarcza więcej adrenaliny, to samodzielna walka z życiem i śmiercią (kilka miesięcy temu, na innym z lodowców, dokonał żywota bohaterski turysta z Azji, który nie dostosował prędkości do warunków jazdy), to podróż skuterem śnieżnym. Opcja trzecia, to wynajęcie przewodnika, który będzie zapewniał, że każdy krok na tym lodzie, to niebezpieczeństwo, że w zasadzie samodzielna wycieczka to proszenie się o kłopoty. Wszystkie te trzy sposoby łączy jedno, są kosmicznie drogie, a zdają się odbierać radość z wycieczki.

My, na Snæfellsjökull wędrowaliśmy końcem października. W tym roku na Islandii październik nieco rekompensował sierpniowo-wrześniową ścianę wody, z którą można było się zderzyć każdego dnia tuż za progiem domu. Zatem, korzystając z ostatnich mocniejszych promieni słońca w tym roku, ruszyliśmy na szczyt z poziomu zero, opuszczając zamarznięty namiot, który rozłożyliśmy prawie nad samym brzegiem Oceanu.

Wędrówka w liczbach, to trochę jak z parkingu na Palenicy wdrapać się na Rysy, ponad 1400 metrów przewyższenia. Podobieństw jest więcej, bo pierwszy odcinek z Arnarstapi trzeba przejść po szutrowej, drodze, otwartej dla samochodów jedynie latem.  Idzie się jednak dosyć mozolnie, na odcinku siedmiu kilometrów trzeba dojść do początku lodowca, którego jęzory opadają aż do ok. 900 m n.p.m.. Mamy nieco szczęścia, bo mimo, że droga zamknięta, to miejscowi radzi z niej korzystać w  sobie tylko wiadomych celach, nawet w niedzielę o świcie. A jak samochód na drodze, droga wąska, więc nie sposób nas ominąć, to podwózka pewna. Podwózka tym ciekawsza, że kierowca – nominalnie rybak, to w niedzielę wyjątkowo kłusownik, dumnie wskazujący nieco szaleńczo-zawadiackim wzrokiem na swoją strzelbę, skrzętnie schowaną w pokrowcu. Zapomniałem przecież dodać, że na obszarze Snæfellsjökull został utworzony kilkanaście lat temu jeden z czterech parków narodowych na Islandii, także raczej strzelanie to nie bardzo. No, ale przecież to niedziela, do gara trzeba coś włożyć. Inna sprawa, że o tej porze roku, w tych rejonach nie ma zbyt wielu możliwości polowania. Właściwie, lokalni myśliwi w październiku i listopadzie polują na niepozorne pardwy, ptaki z rodziny kurowatych, zamieszkujące lodowce w całej Europie. Przemiły kłusownik, na szczęście nie jedzie w stronę naszego lodowca, ale podwozi nas na tyle blisko, że po dalszych piętnastu minutach marszu, stawiamy pierwsze kroki po nie tak znowu kruchym lodzie.
o wschodzie Słońce drży





Przewiązani, z rakami na butach, ruszamy dzielnie ku górze, omijając niewielkie jak na tą porę roku szczeliny. Tak po kilkudziesięciu minutach docieramy na grzbiet, którym prowadzi normalna droga w kierunku szczytu. Śladów za bardzo nie widać, poprawia się za to widoczność, co wobec braku mapy, ułatwia marsz. I tak, co raz stromiej zyskujemy kolejny metry, dochodząc do zwieńczającej wulkan kopuły szczytowej, która przynajmniej od strony wschodniej jest rzeczywiście stroma i wymaga użycia czekana.  Nie była to jednak przeszkoda nie do pokonania, i po następnych kilkunastu minutach, a po trzech godzinach od wyjścia z namiotu, osiągamy wierzchołek, załapując się na ostatnie chwilą z panoramą ze szczytu!

na grzbiecie
tramwaj
Jesień na Islandii, to nie jest najlepszy czas na góry. Tym bardziej cieszy, kiedy przy dodatkowej mobilizacji udaje się zrealizować całkiem poważną wycieczkę. I nie zmieni tego fakt, że kiedy schodziliśmy, minęliśmy tramwaj lodowcowy złożony z grupy blisko 40. studentów i dwóch przewodników, z których żaden nie miał ani raków, ani nie był związany liną. Takie oto nowatorskie podejście do prowadzenia turystyki lodowcowej prezentują lokalni przewodnicy! A przecież mówili, że tyle tam szczelin… 


tramwaj nabiera prędkości

szczyt!

prawie pod kolor

Podróż do wnętrza Ziemi. Półwysep Snæfellsness


Islandczycy, opisując swój kraj, nazywają to miejsce wyciągniętym ramieniem z zaciśniętą pięścią. Przyglądając się mapie, rzeczywiście można wyraźnie dostrzec umięśnioną rękę, poprzecinaną plątaniną dróg, jak naprężonych żył, a majestatyczna piramida pokrytego lodem wulkanu Snæfellsjökul przypomina potężną dłoń, zaciśniętą w gniewie lub wysiłku.
Mówi się także, że Snæfellsness to Islandia w miniaturce. Są tu potężne góry z głębokimi dolinami, są tu ostre klify, o które z furią rozbija się ocean. Są tu gorące źródła, wodospady i jaskinie. Są tu, wreszcie, przestrzenie, w których niepodzielnie rządzi wiatr, czeszący pożółkłe o tej porze roku trawy, rozmazujący chmury na niebieskim płótnie.

źródło: http://www.eldfjallasafn.is/e/tours.html
Jeśli nie mamy zbyt wiele czasu, Snæfellsness to dobry pomysł na weekend. Trzeba zaopatrzyć się w samochód (wybierając wariant objechania całego półwyspu poruszamy się wyłącznie po drogach asfaltowych, wystarczy więc jakiekolwiek sprawne autko) i zaplanować miejsce na nocleg (w naszym przypadku - namiot i samochód. Oba warianty tak samo mroźne). My postanowiliśmy zacząć od północnego brzegu półwyspu, dojeżdżając nieco sennego miasteczka Stykkishólmur i stamtąd dalej na zachód. Cała pętla z Reykjaviku to, mniej więcej, 600 km.









Właśnie ze Stykkishólmur prowadzi najkrótsza droga z Reykjaviku na Fiordy Zachodnie. By nie jechać wijącą się wzdłuż skomplikowanego brzegu drogą na północ, w Stykkishólmur można wsiąść na prom, który dopływa do Brjánslækur na Fiordach Zachodnich. Po drodze zatrzymuje się na wyspie Flatey, która także jest jedną z ciekawszych atrakcji turystycznych w tej części Islandii.
Samego Stykkishólmur, choć jest największą miejscowością na półwyspie, nie można nazwać dużym miastem. Jest tu supermarket, basen, boisko, muzeum w domku norweskim i okrop... pardon, oryginalny, modernistyczny kościół. Nam najbardziej spodobał się port i to, co wokół niego. Można bowiem przespacerować się na szczyt piętrzących się przy porcie klifów, gdzie przy malowniczej czerwonej latarni morskiej (każdy czasem chciałby, tak jak Tatuś Muminka, zaszyć się w takiej latarni, prawda?) rozpościera się wspaniały widok na setki malutkich wysepek, rozsianych po błękitnej wodzie.
Ze Stykkishólmur ruszamy na zachód, przez Grundarfjörður i Ólafsvik (obie miejscowości są malutkie i nie zatrzymujemy się tam na dłużej). Przy drodze często znajdują się punkty widokowe, gdzie spokojnie można zaparkować, odetchnąć świeżym powietrzem i nacieszyć się niezwykłymi widokami.



Naszym zdaniem to, co najciekawsze, kryje się na samym końcu półwyspu. Tam, gdzie króluje Snæfellsjökul. Choć opowieść o ujarzmieniu władcy zaciśniętej pięści pozostawiam na następny raz, w tym miejscu opowiem o wędrówce w zgoła przeciwnym kierunku.
Wielbicielom literatury nie trzeba przedstawiać Juliusza Verne'a i jego książki "Podróż do wnętrza Ziemi", w której niejeden młody człowiek zaczytywał nocami się z wypiekami na twarzy. Dlaczego o tym wspominam? Otóż, na południowym krańcu Parku Narodowego Snæfellsjökul jest jaskinia. Bardzo łatwo ją przeoczyć, bo to właściwie tylko dziura w ziemi, na lewo od drogi. Kiedy jednak wykupimy bilet do jej wnętrza i staniemy na szczycie schodów, prowadzących w czeluść, zobaczymy mały drogowskaz "Stromboli". Tym, którzy "Podróży do wnętrza Ziemi" nie czytali, wyjaśniam, że Stromboli to mała wysepka na Morzu Śródziemnym, na której również znajduje się wulkan. Profesor Lidenbrock i jego bratanek rozpoczynają swoją niezwykłą podróż właśnie tu, na Islandii, u stóp wulkanu Snæfellsjökul, a kończą na południu Europy, przedostawszy się tam podziemnymi korytarzami.
Ruszyliśmy ich śladem. Choć, niestety, do Stromboli nie dotarliśmy, a jaskinia ma jedynie ok. 30 m głębokości, polecamy. 







Gdy już osiągnie się najniższy punkt, przewodnik gasi latarkę i w całkowitych ciemnościach wsłuchujemy się w szum wody z ubiegłotygodniowego deszczu, która wciąż krąży w gliniastej tkance, pomiędzy zimnymi korzeniami i kamieniami, odbywając swoją własną podróż do wnętrza ziemi. 

Pomnik Bárðar Saga w Arnarstapi

I wreszcie docieramy do naszej przystani na nocleg. Arnarstapi to maleńka miejscowość niemal przyklejona do brzegu oceanu. By jednak docenić jej niezwykłość, trzeba zejść na sam skraj ostrych klifów. Wsłuchać się w grzmoty fal i krzyk gniazdujących w skałach ptaków. Nasz wieczorny spacer z Arnarstapi do Hellnar trwał nieco ponad godzinę (2,5 km w jedną stronę). To jedno z najbardziej magicznych miejsc, które odwiedziliśmy. Niech zdjęcia opowiedzą same za siebie. 





Zachód nad Hellnar









I zapadła noc, a my zmarzliśmy niemiłosiernie, by następnego dnia bladym świtem ruszyć tam, gdzie - według niektórych - koncentruje się moc całego świata, na szczyt Snæfellsjökul.
Półwysep pożegnaliśmy w Buðir. Nie można tego nazwać miastem, wsią, ani nawet miejscowości. To właściwie tylko hotel i kościół. Oczywiście ten drugi to główna atrakcja tego urokliwego zakątka. Chłodny wiatr i zmęczenie skutecznie powstrzymały nas przed dłuższymi spacerami. Ale widok czarnych ścian kościółka na tle szarości nieba i zieleni traw to kwintesencja islandzkiego krajobrazu.






Magiczny półwysep Snæfellsness przy dobrej pogodzie widać z Reykjaviku. Czasem przystajemy wtedy nad brzegiem oceanu i wpatrujemy się w majestatyczną lodową bryłę wulkanu. To jedno z tych miejsc w Islandii, które przyciągają i na długo pozostają w pamięci.