Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reykjavik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reykjavik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Hallgrímskirkja, lokalny drapacz chmur

Kiedy w innych europejskich stolicach stawia się kolejne drapacze chmur, które swoim wyglądem próbują naśladować  żagiel, nad Reykjavikiem, który żagli i wiatru ma pod dostatkiem, góruje kościół. Kościół, bez którego nie da się wyobrazić dzisiejszej panoramy Reykjaviku- Hallgrímskirkja.


Jest to budynek niezwykły na skalę Islandii. To przede wszystkim główna świątynia Narodowego Kościoła Islandii, luterańskiej wspólnoty, która skupia blisko 80% Islandczyków. Jest drugim najwyższym budynkiem na Islandii, a najwyższym w całym Reykjaviku, jego wieża ma ponad 84 m wysokości. Jest również jedną z ulubionych sal koncertowych wśród mieszkańców Reykjaviku, którzy tydzień w tydzień licznie przybywają na koncerty organowe, wykonywane na największym, islandzkim instrumencie muzycznym – organach zbudowanych z ponad 350 piszczałek.



Wreszcie, Hallgrimskirkja jest kluczowym elementem dla każdego turysty, odwiedzającego Reykjavik. Po pierwsze, to świetny punkt orientacyjny, więc jeśli zdarzy się zabłądzić w gąszczu prostopadłych ulic Downtown, wystarczy spojrzeć w górę lub przed siebie, a na pewno zobaczymy kościół, który widać z praktycznie każdego miejsca w Reykjaviku, a nawet z miejscowości oddalonych o ponad 50 km od miasta. Last but not least, to także najlepszy punkt widokowy miasta. Za jedyne 700 koron (ok. 18 zł) możemy wjechać na spory taras widokowy, z którego rozpościerają się takie oto widoki:





Z Hallgrimskirkja związane są postacie dwóch, żyjących w różnych epokach i trudniących się zupełnie innym fachem ludzi. Pierwszy to Hallgrimur Petursson, poeta, tłumacz, duchowny, człowiek renesansu z XVII wieku, który po dziś dzień pozostaje najbardziej uznanym poetą Wyspy, odpowiedzialnym za rozwój ducha narodowego w czasach, kiedy Islandczycy nie myśleli nawet o pełnej suwerenności.  Drugi z panów to Gudjon Samuelsson, człowiek odpowiedzialny w dużej mierze za to, że Reykjavik wygląda tak jak wygląda, a na pewno winny tego, że stoi tu kilka potężnych molochów, które nie każdemu przypadną do gustu. Gudjon, przed II wojną światową, pełnił funkcję głównego architekta Reykjaviku. Korzystając ze stanowiska wymyślił, zaprojektował i zrealizował: budynek Teatru Narodowego, siedzibę Muzeum Narodowego, pierwszy budynek Uniwersytetu Islandzkiego, główny szpital w mieście, jeden z hoteli, jednym słowem zastał wioskę, zostawił miasto. Projektując Hallgrimskirkja, wzorował się na islandzkim krajobrazie, a zwłaszcza na wodospadzie Svartifoss, odwzorowując na fasadzie kościoła bazaltowe kolumny, jednego z najbardziej popularnych wodospadów na Islandii. Kościoła nie zdążył zobaczyć, umierając pięć lat po rozpoczęciu budowy.



Trudno ocenić, czy budowniczym udało się odzwierciedlić koncept Gudjona. Jedno jest pewne, dziś nie da się wyobrazić stolicy Islandii bez Kościoła Hallgrimura!

Piekło? To tylko kościelny przedsionek, zamieniony na małą galerię sztuki. Wystawa - "Chwasty"


wtorek, 10 grudnia 2013

Reykjavik 871+-2 - podróż do korzeni miasta


Kiedy Reykjavik, kolejny dzień z rzędu, spowijają ciemne chmury, mocny wiatr zapiera dech, a deszcz atakuje w poziomie, przychodzą do głowy pytania o to, kto wpadł na pomysł, aby się tutaj osiedlić, zbudować miasto, żyć, mieszkać, pracować, mówiąc inaczej: istnieją bardziej przyjazne pogodowo miejsca na Ziemi.


W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania warto udać się do podziemnego muzeum 871 +-2. Zlokalizowane w samym centrum miasta, w niepozornym budynku jest dobrym przykładem tego jak z niewiele mówiących przeciętnemu odbiorcy wykopalisk, zbudować ciekawą ekspozycję, dopasowaną zarówno do najmłodszych jak i nieco starszych zwiedzających.


Archeologiczne zgadywanki

Kamień szlifierski

Muzeum 871+-2 powstało dokładnie w miejscu prowadzonych przed ponad dziesięciu laty wykopalisk, których rezultatem było odnalezienie resztek prawdopodobnie pierwszego, stałego gospodarstwa na terenie dzisiejszego Reykjaviku. I tak, schodząc kilka metrów pod powierzchnię miasta, możemy przenieść się w świat pierwszych osadników, podziwiając rozmaite animacje polowań, uprawy roli oraz innych elementów dawnego życia. Wokół całej ekspozycji przykuwa wzrok multimedialna panorama Reykjaviku z IX w. naszej ery, pełna drzew i zieleni, zupełnie różna od tej, oglądanej dzisiaj, a w której dominują budynki miasta i szarość skał.

Zbuduj sobie osadę

Najważniejszym punktem całej ekspozycji są dokładnie zachowane szczątki najstarszego znanego domu pierwszych osadników na terenie Reykjaviku. Kamienne fundamenty okalają przedsionek oraz główną izbę, w której znajdowało się również palenisko. Tuż obok, znowu z pomocą ciekawie przygotowanych multimediów, możemy przeprowadzić rekonstrukcję całego domostwa. Przy okazji przekonamy się, jak trwałe i praktyczne domy budowano już ponad 1100 lat temu.

Zwiedzając tę ekspozycję dowiemy się również, dlaczego pierwsi osadnicy opuścili swoje lokum (pobudowali się na cieku wodnym, który przepływa w tym samym miejscu po dziś dzień), skąd pochodzili, czym handlowali, a także co spowodowało, że Islandia z zielonej wyspy, zamieniła się w krainę, w której krajobraz księżycowy wita za oknem.

Chałupa jak nowa!

Muzeum 871+- jest dobrą receptą na spędzenie jednego z tych krótkich zimowych dni, które nie zachęcają do długiego przebywania na świeżym, ale potwornie zimnym powietrzu!


Mrocznie jak na dworze

Muzeum można też odkryć nie ruszając się z domu. Wystarczy odwiedzić stronę http://www.reykjavik871.is/ i rozpocząć podróż do korzeni tego urokliwego miasta!

wtorek, 3 grudnia 2013

Lopapeysa - sweter, co pachnie owcą


Choć wcale nie ma długiej tradycji, choć wzór ponoć pochodzi z Grenlandii (lub Turcji? Szwecji? Ameryki Południowej?), choć wiele z tych dostępnych w reykjavikowskich sklepach przypłynęło wprost z pracowitych chińskich fabryk, nie ma wątpliwości, że to najbardziej islandzka część garderoby. Wystarczy bowiem wyjść na ulice w stolicy lub jakimkolwiek innym miejscu i przyjrzeć się mieszkańcom. Wielu z nich dumnie prezentuje ten charakterystyczny dziergany wzór, choć jeszcze nie znalazłam dwóch takich samych. Zwykle w kolorach islandzkiej natury: szarościach, brązach, zieleniach i błękitach. Rozpinany lub nie. Z kapturem albo bez. Dla kobiet, dla mężczyzn, dla dzieci. Dla miejscowych i dla turystów. Dla urzędników, hipsterów, rolników. Ciepły, ciężki, miękki. Lopapeysa.

Prawdziwa dusza tego swetra kryje się w wełnie, z której jest zrobiony. To wełna z islandzkich owiec, przywykłych do północnych wichrów, gradów i deszczy, utuczonych na ziołach i ostrej trawie, puszczonych wolno przez lato i zaganianych do zagród przed pierwszym śniegiem. Latem na Islandii żyje ponad 1mln owiec - to trzy razy więcej niż ludzi (zimą ponad połowa wszystkich owiec, no cóż, wędruje na islandzkie półmiski). Przywiezione przez Wikingów około 1100-1200 lat temu, mają się na wyspie całkiem dobrze. 


Wełna, czyli lopi, z której zrobiony jest lopapeysa nie przypomina tej, którą znamy z polskich sklepów. Być może jest nieco podobna do wełny z owiec podhalańskich - trochę szorstka, trochę gryząca, kosmata i mocno napowietrzona. Islandzka włóczka powstaje z obydwu warstw owczej wełny i jest bardzo luźno skręcona. To wszystko sprawia, że splot z islandzkiej włóczki jest gruby i "mięsisty", co - poza walorami estetycznymi - czyni swetry bardzo ciepłymi i doskonale izolującymi przed chłodem i wiatrem. Ponadto, wełna nie chłonie wilgoci i nie powoduje pocenia. Więc, choć na górskie wędrówki wybieram raczej lżejszy, kilkuwarstwowy strój, lopapeysa to sweter doskonały na każdą inną okazję (tak, tak, na koncercie orkiestry symfonicznej w Harpie też widziałam charakterystyczny wzór...)


W sklepie za taką pamiątkę przyjdzie nam jednak słono zapłacić. Cena to mniej więcej 20 000 koron islandzkich, czyli - bagatela - ponad 500 zł. Takie szaleństwo mnie, rzecz jasna nie opętało, choć wzór podobał mi się okrutnie. Przyznaję więc, że egzemplarz na zdjęciach zrobiłam samodzielnie. Nie mając wprawy w takich robótkach, po raz pierwszy operując więcej niż jednym kolorem, projektując wzór na podstawie zdjęć i swetrów podpatrzonych na przechodniach. Dwa tygodnie pracy (nie, nie cierpię na nadmiar czasu, więc trochę to trwało). Ale chyba było warto, bo duma rozpiera!
A niezwykła wełna, pachnąca owcą, urzekła mnie do tego stopnia, że do Polski przywiozę więcej niż jedną, własnoręcznie wykonaną, owczą pamiątkę...


Myślę, że dzięki temu, gdy już, już, tuż, tuż, wrócę do Polski i zatęsknię za islandzkimi polami, za wiatrem i oceanem, ubiorę lopapeysa, który ogrzeje, podrapie i zapachnie jak Islandia.


poniedziałek, 28 października 2013

Na zachodzie kończy się miasto - Seltjarnarnes i Grotta

Pomysł na spędzenie dnia w Reykjaviku, gdy nie mamy za dużo czasu i pieniędzy, a spacery głównym deptakiem miasta Laugavegur stają się już nazbyt nużące? Nic prostszego. Wystarczy ruszyć na zachód, aby miasto zostawić za plecami i zachwycić się jak niewiele potrzeba czasu, aby na Islandii dostać się z gwarnego centrum w samo serce przyrody. Spacer to niezbyt długi, zaledwie 30 min. marszu z centrum Reykjaviku, a znajdziemy się na półwyspie Seltjarnarnes, będącym najdalej na zachód wysuniętym punktem miasta. Seltjarnarnes to również osobne miasto, najmniejsze na Islandii, bardzo często traktowane przez przyjezdnych jako jedna z  dzielnic Reykjaviku. Jednak my tu nie o mieście, ale o tym co tuż za nim, na samym krańcu islandzkiego lądu. Znajduje się tutaj miejsce nazwane Grotta. Wielka łąka, pośrodku której leży niewielkie jezioro, stanowi ważny przystanek dla wielu gatunków wędrownych ptaków, przelatujących przez cały rok przez Ocean Atlantycki. Ptaki Grottę upodobały sobie szczególnie wiosną, w okresie lęgowym, kiedy to na tym niewielkim, ostatnim skrawku lądu zobaczyć można 9 gatunków kaczek, małą sieweczkę obrożną, kamusznika zwyczajnego, biegusa morskiego, dobrze znane łabędzie i patrolujące niebo nad Reykjavikiem gęsi. Łącznie w okresie wiosennym, na obszarze wokół jeziora Bakkatjorn gości nawet ponad 100 gatunków ptaków, zarówno rodzimych, islandzkich, jak i tych, które to miejsce upatrzyły sobie na dłuższy przystanek.









Jesień i zima to ewidentnie ornitologiczny low season. Niemniej jednak, nawet i w ten zimny i wietrzny czas na Półwysep przylatują zaskakujący goście Ostatnio, takim niezapowiedzianym wędrowcem była śnieżyca, gęś zamieszkująca głównie północne krańce Ameryki północnej. Pojawiła się ona na krótko w miniony poniedziałek. Co ciekawe, była to pierwsza w historii obserwacja tego ptaka na Islandii.

Śnieżyca (źródło: http://www.seltjarnarnes.is)
 Tak duże znaczenie Grotty dla awifauny spowodowało, że staraniem lokalnych władz utworzono tutaj w 1974 rezerwat przyrody.  Jak  to w każdym obszarze chronionym, obowiązują tu szczególne reguły zachowania. Od 1 maja do 15 lipca obowiązuje tu całkowity zakaz ruchu samochodów, a  także psów, bo Grotta to ulubione miejsce spacerów z czworonogami dla mieszkańców Seltjarnarnes.

Grotta ma jeszcze coś, co przesądza o niezwykłości tego miejsca. To latarnia morska, która znajduje się na ostatnim cyplu lądu, przez co jest pozbawiona stałego połączenia z lądem. Latarnia stała tutaj już w 1897 roku, a obecna została wybudowana w 1947 roku. Trzeba przyznać, że latarnia doskonale wpisuje się w krajobraz półwyspu. Cała panorama Grotty zdaje się być jednym z tych dobrze znanych obrazków, widzianych setki razy na pocztówkach z wszelkich nadmorskich krajów. Samo zwiedzanie skrawka lądu, na którym znajduje się latarnia wymaga wcześniejszego przygotowania. Bowiem dostęp tam jest tylko możliwy w momencie odpływu, kiedy spod wody wynurza się kamienny wał, który umożliwia przejście suchą stopą i daje szansę na podziwianie w pełni wód zatoki Faxaskjol. Dlatego przed wyjściem, dobrze sprawdzić rozpiskę, w jakich godzinach w danym miesiącu można bezpiecznie wybrać się pod samą latarnię, która co noc rozbłyska nad tym pełnym przyrody, ostatnim skrawkiem cichego lądu na zachód od Reykjaviku.


Uwaga!

Latarnia w całej okazałości

Pocztówka



sobota, 24 sierpnia 2013

Menningarnótt - jedyna tak noc!

To już dzisiaj! Dzień w życiu stolicy, na który czekają wszyscy zarówno mieszkańcy jak i turyści odwiedzający Reykjavik pod koniec sezonu turystycznego. Menningarnótt, zwana również Culture Night, to nie właściwie cały dzień wszelkich działań na polu sztuki, które ożywiają poszczególne stolice Reykjaviku. Możemy zatem posłuchać orkiestry lokalnej filharmonii, zwiedzić statek straży przybrzeżnej, posłuchać młodych zespołów z Wysp Owczych, grających w niewielkim budynku ambasady Kanady, wziąć udział w konkursie hula - hop, poznać tajniki Capoeiry, czy UWAGA UWAGA, wybrać się na koncert Moniki Brodki, która wydaje się być jedną z gwiazd dzisiejszego święta. Wszystko to dziać się będzie w nieomal rodzinnej atmosferze, o którą szczególnie zadbają mieszkańcy Reykjaviku, częstując swoich gości wszelkiej maści słodkościami, całość zostanie zwieńczona rewelacyjnym ponoć pokazem sztucznych ogni! 

My rozpoczęliśmy ten dzień jednak z innej strony, startując w 30. jubileuszowym półmaratonie, którego trasa wiodła najbardziej interesującymi fragmentami miasta (czyli głównie wybrzeżem). To był dobry początek dnia - 1h 26 min 41 s. Co będzie dalej, przekonamy się niebawem!




Duet BYRTA- prosto z Wysp Owczych. Oni też wystąpią dzisiaj w Reykjaviku!

środa, 21 sierpnia 2013

Esja - każde miasto musi mieć swoją górę!

Czym dla panoramy Krakowa jest Kopiec Kościuszki, tym dla Reykjaviku jest wznosząca się majestatycznie pod drugiej stronie zatoki Esja. Ta niezbyt wysoka (bo wyrastająca „tylko” 914 metrów nad poziom morza) góra dominuje nad całym miastem  wraz ze swoim południowym stokiem, który dosyć stromo zdaje się opadać wprost do Oceanu.


Jednak wbrew pozorom to nie stromizna ścian jest największym problemem związanym z wejściem na szczyt, a samo dotarcie do oddalonego o 20 km od centrum miejsca zwanego Esjuberg, skąd bierze swój początek znakomita większość dróg na Esję. Dostać się tam najlepiej jak wszędzie w Islandii – własnym samochodem.  Dla nie posiadających takich luksusów pozostają dwie możliwości: auto-bus lub auto-stop, z których (jak było dane nam się przekonać) równie trudno skorzystać. Jadąc autobusem trzeba zaopatrzyć się w tzw. „transfer ticket”, dzięki któremu za 350 ISK będziemy w stanie przejechać dwiema liniami z samego centrum aż do Esjuberg. Autostop  wymaga więcej poświęcenia, bo żeby mieć szanse coś złapać, czy to w stronę Esji czy gdziekolwiek indziej, trzeba okazać więcej hartu ducha i pomaszerować ze 5 km na przedmieścia Reykjaviku, gdzie faktycznie zaczyna się słynna droga nr 1.

Samo wejście na szczyt jest ponad godzinną wędrówką po dosyć stromym zboczu, na którym pełno mieniących się w odcieniach czerwieni skał pochodzenia wulkanicznego, przeplatających się z zielenią skarłowaciałych brzóz i całą paletą kolorów sporej ilości gatunków kwiatów. Im wyżej, tym krajobraz zdaje się coraz bardziej przypominać ten na księżycu. Powyżej miejsca nazywanego „Steinn” szlak zaczyna piąć się po dosyć stromych skałach (w niektórych miejscach zainstalowano nawet całkiem solidne łańcuchy), wyprowadzając na pierwsze rozległe wypłaszczenie – Thverfellshorn, z którego można podziwiać przepiękną panoramę okolic Reykjaviku. 

Reykjavik!
Trzy kolory
Większość lokalsów jak i turystów kończy tu swoją wędrówkę. I niech żałują! Idąc 20 min w głąb płaskowyżu w kierunku właściwego wierzchołka Esji, dochodzi się do ni to grani ni uskoku, z którego otwiera się widok na przeciwną stronę góry- przepiękną dolinę polodowcową, której środkiem spokojnie meandruje rzeka wprost do Oceanu.

Prosto do Oceanu


!
Każda góra wymaga ofiar!

Bardzo odludne miejsce... księga gości na Steinn



Końca nie widać
Ubezpieczenia na szlaku

 

Trzeba mieć szczęście urodzić się i mieszkać w mieście, z którego równie blisko nad morze co w góry, w wypadku których „wysokość nad poziomem morza" nabiera całkiem dosłownego znaczenia!

niedziela, 18 sierpnia 2013

Góðan daginn Ísland!


Przed wylotem na wyspę ułożyłem sobie w głowie obraz Islandii, krainy mlekiem i miodem płynącej. Po przylocie na wyspę przyszedł czas na jego dekonstrukcję, w której udział wziął deszcz, niemiłosiernie zacinający tuż po opuszczeniu terminalu lotniska w Keflaviku, szarość dnia następnego,  spajająca barwy nieba z kolorami większości budynków w Reykjaviku, do spółki z przenikającą melancholią miasta, którą przesiąkają ulice i snujący się po nich ludzie. Nie ma co jednak popadać ze skrajności w skrajność. Z tego jak miało być i z tego jak jest powstała niesamowita normalność. Normalność miejsca dumnie zwanego stolicą kraju, gdzie ambasada Francji mieści się w niewielkim domu jednorodzinnym, a najbardziej okazałym budynkiem w centrum jest miejski dom kultury. Miejsca, gdzie policjanci z reguły nie gonią złodziei, mając czas na pokazywanie młodym tricków na deskorolce. Wreszcie miejsca, gdzie nie trzeba stać dłużej niż 10 sekund przed mapą dzielnicy, żeby zaraz znalazł się ktoś, kto tę mapę zastąpi z uśmiechem na ustach. To właśnie jest Reykjavik – najbardziej na północ położona stolica państwa na świecie. Żyjąc pomiędzy Oceanem a górami, górami i Oceanem zdaje się, że można odkryć nowe zasady odpoczynku i zmienić podejście do otaczającego świata. Jak będzie, to się okaże. Już teraz jednak nie mam wątpliwości, że to co przez chwilę zdawało się być rozczarowaniem, jest początkiem ciekawej przygody! I nie zmieni tego fakt, że w każdym sklepie, nie ma znaczeniu czy kiosk czy supermarket, znajdzie się wyprodukowane w Cieszynie Prince Polo! 

Pamięci Vikingów
Centrum kultury Harfa w tle
Hallgrímskirkja- największy kościół w całej Islandii 


A na koniec i początek jednocześnie wyjątkowo optymistyczne dźwięki, prosto z Islandii: